Marsz Polonia

Jerzy Pilch

Marsz Polonia

*****

Nieustanny konflikt jako sedno polskości to pomysł może nie oryginalny, ale pod piórem Pilcha nabierający dość mocnego wydźwięku. W lochach Urbana przebywa mianowicie ktoś, kogo śmierć była dla Polaków jednym z silniejszych impulsów do obalenia komuny. Co by się stało, gdyby okazało się, że ten symbol żyje?

Wojciech Lada, Życie Warszawy, kwiecień 2008

Marsz Polonia

Wymarsz wszystkich polskich fobii i nonsensów

Jerzy Pilch napisał nową powieść. Już w charakterystycznej dla niego introdukcji z wyraźną nonszalancją informuje czytelników między wierszami: „Aaa, machnę sobie jeszcze jedną książkę”. I machnął. Machnął nieźle, choć nie tak dobrze, jak dotychczas. Mamy bowiem w „Marszu Polonia” mesjanistyczną wizję obolałej Polski nowych czasów. Opinie, które porównują tę książkę do „Wesela” czy „Miazgi”, są opiniami na wyrost. Można tu bowiem dostrzec literackie paralele także ze sztandarowymi dziełami Mickiewicza, z „Nie-Boską komedią” i z twórczością Witkacego. Można, ale co z tego? Ociera się „Marsz Polonia” o literackie tropy, świadomie igra z narodową mitologią przywar społecznych i politycznych, ale wychodzi nam z tego powieść co najwyżej dobra, albowiem w szaleństwie surrealistycznej narracji Pilch wydaje się sam wyraźnie plątać. Co należy o tej opowieści napisać na początku? Czytelnik lubiący zerkać na ostatnią stronę i podglądać zakończenie, nie może tego tutaj zrobić. Klucz do odczytania tej książki kryje się bowiem w ostatnim zdaniu. Jeśli jednak przyjmiemy, że ma to być wizja katastrofy, trudno oprzeć się wrażeniu, że prorokując, autor zbyt silnie opiera się na tym, co już było. Marsz to jednak bardzo żwawy, kontrowersyjny i szaleńczo obłąkany, ale bardzo polski i bardzo w swej wymowie przekonujący.
Bohater – narrator w dniu swoich pięćdziesiątych drugich urodzin uznaje, że ta znamienna dla niego data będzie jednocześnie przyczynkiem do spektakularnego podrywu, mającego na celu przypomnienie sobie rozkoszy utraconej młodości. Mamy więc we wstępie panienki, mamy wódkę, mamy szczere zdziwienie światem i mamy szaroburą polską ulicę, która wyciąga rękę po jałmużnę. Mamy więc Pilcha, jakiego znamy. Potem nie zaskoczy niczym nowym. „Marsz Polonia” jednak będzie mieć w sobie niepowtarzalną moc czarowania słowem i ugotuje nam autor lingwistyczny wywar przyprawiony polskimi wadami, bolączkami, absurdami i konfliktami. Określając tę powieść gatunkowo, należałoby zacytować bohatera, który mówi, że tworzy pewien poemat. Jaki? „Metafizyczno – polityczno – teologiczno – autobiograficzno – sensacyjno – satyryczny”. No to wiemy już wszystko. Albo nie wiemy nic. Ale do rzeczy.
Nasz narrator postanawia wsiąść do wesołego autobusu i udać się na balangę, jaką organizuje niejaki Beniamin Bezetzny. Człek to niezwykły i dobrze znany mieszkańcom nadwiślańskiego kraju, bo lawirujący pomiędzy kartami historii z zaskakującą umiejętnością mimikry. Kim jest Bezetzny? Znamy go przecież. Nie będę odbierał przyjemności rozszyfrowania tego, kim są postacie, których barwna galeria stanie przed nami, pusząc się i przekonując do swoich racji. Bezetzny to jednak postać kluczowa. „Żył pełnią absolutną i niepoczytalną. Folgował piekielnym temperamentom. W resorcie apologii czuł się jak ryba w wodzie. Głoszenie chwały i opiewanie piękna zdychającego, gnijącego i idącego na dno lewiatana podniecało go do szaleństwa. Jego oficjalne wystąpienia przechodziły do historii cynizmu. Radził sobie.” Przyjęcia, jakie organizuje, słyną z tak wielkiej spektakularności, jaka przez całe życie towarzyszyła poczynaniom ich gospodarza. Bohater powieści mknie wspomnianym już środkiem komunikacji i po drodze widzi Polskę na opak, Polskę zrujnowaną przez komunizm i dobitą potem przez kapitalizm, Polskę pomieszanych wartości i ładu architektonicznego. Nim jednak dostąpi zaszczytu imprezowania u Bezetznego, wysiądzie wcześniej i przyjrzy się tym, którzy złorzeczą bawiącym się i tym, którzy w powieści stają się uosobieniem prawdziwego Narodu.
Naród planuje rewoltę. Będzie to protest wszystkich maluczkich, których wywołany krzywdą i niesprawiedliwością szloch zagłusza zabawa elity. Wyraźna opozycja „oni-my” skomentowana jest w ten sposób przez jednego z bohaterów: „My jesteśmy mieszańce, kosmopolici, zbieranina, w sumie – wieża Babel. Oni są naród, jedność, ocalenie, czyli Arka”. Bawiący się stanowią przypadkowy zlepek poranionych i zakompleksionych Polaczków. Planujący rewolucję to dumni, żyjący zgodnie z tradycją i wiecznie poszkodowani przez los Polacy. Rozwiązaniem problemu tych grup stanie się dziwaczny mecz, a powieść przyniesie nam jeszcze kilka dodatkowych atrakcji fabularnych.
Będziemy zastanawiać się nad tym, jakie widma mają zostać pogrzebane, a jakie zmartwychwstaną. Ruszymy w surrealistyczną podróż z pewnym kocurem, która przypomni moralitetową wędrówkę w poszukiwaniu prawdy. Dowiemy się, czym szczyci się pewna drugorzędna piosenkarka i w jaki sposób Matka Polka zademonstruje znużenie swoją dotychczasową rolą. Dostanie się od Pilcha wszystkim po kolei. Dostanie się polskim lękom oraz nastrojom chwiejnym i niewyraźnym. Kopniaka dostanie także polska literatura, której specyfikę tak wyjaśnia się na kartach powieści: „Jak się nie chce albo nie umie dać wielkiej realistycznej powieści – zawsze można dać mały nierealistyczny poemat. Dlatego jesteśmy krajem liryki. Z lenistwa i nieporadności. Z nadmiaru fantastyki i niedostatku zmysłów”. Dokopie więc na koniec Pilch – prozaik samemu sobie, ale będzie to kopniak bezbolesny i mocno ironiczny.
Reasumując – to bardzo dziwny marsz, ale wart jest tego, by do niego się włączyć. Bez typowo polskiego napuszania się. Książka zdziera bowiem z papugi narodów kolorowe piórka, a szarość niespełnienia koloruje – mimo wszystko – nadzieją.

Jarosław Czechowicz

Marsz Polonia

*****

Jerzy Pilch, zapytany o swoją powieść „Marsz Polonia" wyjaśnił wdzięcznie, że to „poemat metafizyczno- teologiczno-autobiograficzno- -sensacyjno-satyryczny o daremności ludzkich mrzonek”. Zachęcony, błyskawicznie zajrzałem do książki. A nasyciwszy ciekawość, oznajmiam: forma Pilcha bez zmian! Czytać bez obaw o rozczarowanie!

Polska, kwiecień 2008

Marsz Polonia

*****

Pilch kreśli przerysowany, karykaturalny portret tzw. prawdziwych, czytaj religijnych Polaków, ale nie oszczędza też modernistów, karierowiczów, politycznych graczy, którzy załapali się do elit. Oniryczna konwencja — chwyt, którym autor momentami za bardzo ułatwia sobie życie, wpuszczając czytelnika w zakamarki literackich odniesień — pozwala bohaterowi poruszać się swobodnie po gąszczu polskich mitów. Nad całym tym światem arcypolskich zjaw wisi przepowiednia jasnowidzki Agnieszki Pilchowej, którą przed wojną usłyszała babka bohatera: „Coś złego stanie się z Polską”. Uwożony przez ciemną fiakierkę do Czarnogóry, a może tam, gdzie nie ma nawet „ciszy ani ciemności”, bohater wyznaje: „Moja literatura jest radością sprawianą moim przodkom — niczym więcej”. Czyż nie jest to wyznanie samego Pilcha?

Katarzyna Janowska, Polityka, kwiecień 2008

Marsz Polonia

*****

Obrazowanie oniryczno-fantasmagoryczne jest w „Marsz Polonia” techniką pisarską i niczym więcej; deformacja jest tu narzędziem, nie zaś celem. Cel jest inny — niezwykle ambitny i potwornie zobowiązujący. Siłą rzecz ów zamiar osadza wypowiedź Pilcha w samym centrum polskiej tradycji literackiej i to tej z najwyższej półki, pośród dzieł, w których — w tej lub innej formie — pojawiają się pytania o Polskę i samopoczucie Polaków.

Dariusz Nowacki, Tygodnik Powszechny, kwiecień 2008

Marsz Polonia

*****

Ta książka jest niczym barokowa aria, w którą zapadamy się bez końca. Język snu służy Pilchowi do opisania współczesnego świata, którym rządzą wielkie trupy.

Andrzej Franaszek, Dziennik, kwiecień 2008

Marsz Polonia

*****

Nad tym mocno zakorzenionym w polskiej tradycji literackiej balem unoszą się duchy Wyspiańskiego, Gombrowicza, Konwickiego. Ale groteska, ironia i dowcip nie przysłaniają pytań, które dręczą Pilcha: o polskość, Boga, historię. Wielkie sprawy uciera w biało-czerwony kogel-mogel. Na balu robi się duszno, postaci gonią w piętkę, nie bardzo wiadomo, o co toczą się spory - aż nagle orientujemy się: to o nas?
Polską zawsze poruszał jakiś legendarny trup, permanentne rozliczenia z trupami. Polska ziemia jest ciężka od ponurych pomników i widm. I Pilch, taki polski, też postanowił obchodzić - na swój hedonistyczny sposób - swoje dziady. Może taki karnawał upuści Polsce złej krwi, może rozdęta do granic impreza pęknie i powietrze ujdzie z nadmuchanej Ojczyzny. I na wiosnę wiosnę, nie Polskę zobaczą?

Agnieszka Wolny-Hamkało, Gazeta Wyborcza, kwiecień 2008