Na spotkaniach autorskich widuje się pan z ludźmi, którzy są zainteresowani, co ma pan
do powiedzenia o tzw. wielkim świecie. Wielkim w znaczeniu – zupełnie innym niż miejsce,
gdzie żyjemy. Częściej spotyka się pan z podziwem czy z zazdrością?
Nie wiem, czy z zazdrością. Jeśli już, jest to poniekąd zazdrość sterowana. – Ale ty masz fajnie!
My tkwimy w tej szarzyźnie, a ty sobie jeździsz do różnych kolorowych krajów. Wtedy odpowiadam
– każdemu wolno kochać! Jak chcesz - też jedź! Wszystko jest kwestią wyboru.
Ale czy z podziwem? Nie wiem.
Z podziwem – że się panu udało, że zrealizował pan swój plan, marzenia. Miał pan taki plan?
Jestem niespokojnym duchem, bez przerwy muszę być w ruchu, to jakaś forma ADHD.
W związku z tym wykonuję taki zawód – jestem dziennikarzem. Zaczynałem jako reporter
i nadal się nim czuję. Książka „Moje Indie” również jest w pewnym sensie reportażem.
Mam potrzebę odkrywania nowych rzeczy, spotykania się z ludźmi, lubię, jak coś się dzieje,
a z drugiej strony potrzebuje dużo przestrzeni. A ponieważ lubię też słońce i ciepło, siłą rzeczy
wypycha mnie w świat. Ale to jest takie powierzchowne spojrzenie. Natomiast jak zajrzeć głębiej,
jestem w pełni świadomy tego, w jakim świecie w tej chwili żyjemy.
Moja kariera zawodowa rozpoczęła się od kontaktu z mediami na początku lat 90.,
u progu rewolucji informatycznej. My kompletnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, że żyjąc
na przełomie wieków, jesteśmy uczestnikami procesu tej rangi, co wielka rewolucja
przemysłowa, zapoczątkowana wynalezieniem maszyny parowej. Dzisiaj jesteśmy świadkami
czegoś podobnego, co skutkuje niezwykłymi przemianami w informacji.
Gdy patrzę wstecz, co się działo ze mną na początku lat 90. i porównuję z tym, co jest teraz,
widzę, że się zupełnie przekwalifikowałem, tak samo zresztą, jak duża część społeczeństwa.
W tamtym czasie zupełnie inaczej postrzegaliśmy otaczający nas świat niż teraz.
Nasze widzenie świata wzbogaciło się o mnóstwo doświadczeń, a tym samym – pogłębiło się.
Czyli nie było tak, że się pan naczytał Szklarskiego czy Fiedlera?
Jasne, że naczytałem się Szklarskiego i Fiedlera, chciałem jeździć do Afryki, być opiekunem
zwierząt w jakimś rezerwacie, ale z czasem, pracując jako dziennikarz, uświadomiłem sobie,
wobec jakich wyzwań stajemy. I to moje przekwalifikowanie się, jest odpowiedzią na wyzwania czasu.
Po prostu uświadomiłem sobie, że żyjemy w zjednoczonej Europie, w świecie, w którym przepływ
ludności jest błyskawiczny. Trafiają tutaj ludzie z bardzo różnych kultur, starając się jakoś zakorzenić...
Tak jak Europa Zachodnia sobie z tymi ludźmi na różne sposoby radzi, raz lepiej, raz gorzej,
tak my, Polacy, musimy się również zacząć do tego przygotowywać. A jesteśmy narodem
ksenofobicznym, zupełnie niedoświadczonym w kontaktach z tzw.obcymi, z innymi kulturami,
często jesteśmy do nich nastawieni wręcz wrogo. Nie ma co ukrywać, taka jest prawda.
Zdarzało się panu wstydzić, że jest Polakiem?
Nie, bo ja się utożsamiam tylko z samym sobą. Wyzbyłem się tego charakterystycznego
dla nas narodowego poczucia winy. Tego na przykład, że wstydzimy się za głupotę naszych
pijanych rodaków. Jeżeli ktoś jest głupi, to ponosi za to osobistą odpowiedzialność. Nie mam ochoty
wstydzić się za niego. Czy to jest Francuz, Niemiec, czy Polak – jak jest głupi to jest głupi.
I moim zadaniem jest tego głupiego wyedukować. To jest wyzwanie, przed którym stanąłem.
I „Moje Indie” są też drobnym elementem edukacji, bo jestem dziennikarzem nie po to, by ruszyć
w podróż, powłóczyć się, poobserwować, potem napisać, w jaki hotelu warto zamieszkać,
a jaki omijać. Nie czuję się dziennikarzem turystycznym. Poniekąd z racji mojego
wykształcenia, orientalistycznego, ale też i kulturoznawczego, uważam, że dysponuję pewnymi
narzędziami, których brak przeciętnemu człowiekowi. Wykorzystuję je do tego, by zrozumieć
pewne fenomeny, by do nich dotrzeć. Moje opisywanie świata jest opisywaniem tych fenomenów
- żeby je ludziom przybliżyć, ułatwić zrozumienie, a w rezultacie pomóc zasymilować się tym,
którzy mogą przyjść do nas z zewnątrz.
Uważam, że stoimy przed ogromnym problemem zderzenia kulturowego. Skoro nie rozumiemy
ludzi z innych kultur, a oni się pojawiają u nas na podwórku, to się ich boimy. To po części naturalne.
Jak mi coś pełznie po podwórku, a nie wiem, co to jest i się trochę obawiam, to wolę wziąć kija
i przegonić lub nawet zatłuc. Nawet się nie zastanawiam. To jest potężny odruch ewolucyjny
i taki sam odruch mamy wobec ludzi. Problem polega na tym, że jeżeli będziemy się kierować
wyłącznie odruchami, niedługo się wymordujemy.
Żyjemy w czasach niesamowitego przepływu informacji, co może nam pomóc w kontaktach,
ponieważ wszystkie odmienne światy łatwiej się przenikają. Gdy widzimy kogoś o innym
kolorze skóry, inaczej niż my ubranego, czy zachowującego się, często wyjmujemy tego kija,
żeby go przepędzić z podwórka. Gdybyśmy coś więcej o nim wiedzieli, nasze nastawienie
mogłoby być inne. Jeżeli spotkają się z naszą wrogością, rzuceni w obcy sami świat, też
automatycznie będą agresywni. Tak się rozkręca spirala agresji.
Wyjeżdżając bardziej nastawia się pan na szukanie podobieństw niż różnic?
Jasne, że tak. Egzotyka fascynowała nas w czasach, kiedy nie mieliśmy dostępu do zdjęć,
filmów, czy do innych źródeł informacji. Umówmy się – żyrafa jest egzotyczna, ale każdy wie,
jak wygląda, co drugie dziecko ma domu taką pluszową maskotkę. To już borsuk czy rak królewski
jest bardziej egzotyczny od żyrafy. Problem polega na tym, że musimy sobie teraz zdać sprawę,
że choć znamy żyrafę, warto o niej wiedzieć więcej. Moim zadaniem jest pokazać to „więcej”.
Chociażby, że żyrafa ma tyle samo kręgów szyjnych co człowiek. Dlatego wyjeżdżam w podróże
- nie po to, by sobie pojeździć, pochwalić się, że byłem tu i tam, ale by pokazać inne miejsca,
zachowania, żeby oswajać ludzi – moich czytelników, widzów - z tym, z czym nie mieli do tej pory
do czynienia. Przyda im się to, gdy „inni” pojawią się w naszym kraju. Wtedy będziemy ich
mogli przyjąć z otwartymi ramionami, a nie z wrogością. To moja idee fix. Wiem, że dość idealistyczna,
ale zawód dziennikarza, który uprawiam, jest przesiąknięty ideałami.
Są takie miejsca, do których pan wraca. Czy po to, żeby zobaczyć coś nowego czy raczej,
by poczuć bliskość już oswojoną?
Wracam do miejsc, które już poznałem, bo łatwiej mi je jeszcze bardziej zgłębiać, co tylko
wychodzi na dobre efektowi finalnemu.
Indie to dla pana ludzie? smaki? zapachy?
Wszystko naraz. Z Indiami byłem w szczególny sposób związany emocjonalnie, przez kilka lat
prawie że tam mieszkałem,w pewnej indyjskiej rodzinie. Dlatego są dla mnie bardzo swojskie,
w ogóle nie czuję tam obco. Mam tylko jeden problem – nie znam dobrze żadnego z indyjskich
języków. Mówię co prawda po angielsku, ale gdybym znał hindi, mógłbym się tam czuć jak Hindus.
Dzięki temu, że Indie są dla mnie tak naturalnym środowiskiem, że nie widzę wielu negatywnych
stron tego kraju, które zauważa przeciętny turysta, który tam przyjeżdża. Brud, niesamowite
zatłoczenie, brak uporządkowania w wielu dziedzinach życia, totalny chaos, ścisk, smród – długo
można by wymieniać. Ja widzę coś ponad to. Dziedzictwo kulturowe liczące tysiące lat, ogromne
zróżnicowanie etniczne, religijne, różnorodność we wszystkich dziedzinach życia... Ale żeby
to zobaczyć, spojrzeć na Indie głębiej, trzeba przymknąć oczy na to, co mamy pod nogami.
Indie zrobiły się „modne” już w latach 60. Hasła powrotu do źródeł duchowości,
moda na jogę, wegetarianizm, poszukiwanie pewnej egzotyki. Nie obawia się pan, że mamy
wykrzywiony obraz Indii? I chcemy, żeby zostały takim trochę skansenem na nasze potrzeby?
Absolutnie tak! Ale Indie nie dadzą się tak łatwo zamienić w skansen, szybciej nas
wykorzystają; wycisną, wyduszą i wyrzucą. Ludzie Zachodu pielgrzymują do Indii szukając
oświecenia, duchowej ucieczki od rzeczywistości, wolności... To wszystko jest ułudą.
W Indiach też są cwani hochsztaplerzy, którzy świetnie potrafią ich wykorzystywać i ściągać z nich
pieniądze. W aśramach, świątyniach, modlą się, medytują, mówią – dzięki temu wyrwiesz się
z życia, jakie do tej pory prowadziłeś, szybciej dotrzesz do wewnętrznej wolności,do oświecenia.
Może i komuś się to uda, ale tak naprawdę ci „poszukujący” często są oszukiwani na własne życzenie.
Dla mnie równie fascynujące jest to, że Indie są niezwykle dynamicznie rozwijającym się rynkiem,
o czym dość rzadko się mówi – że np. znacząca część informatyków w kalifornijskiej
Dolinie Krzemowej pochodzi stąd!
Świadomie o tym nie pisałem, o tych NRI (Non Resident Indian), czyli Indusach, którzy wyjeżdżają
w świat i robią tam zawrotne kariery, szczególnie w IT i medycynie, bo to jest powszechnie
wiadome. Tak samo o Bollywoodzie, opisanym już ze wszystkich stron.
Indie rzeczywiście są krajem, który wypuścił w świat rzesze inteligencji technicznej, dzięki – nie ma
co ukrywać – bardzo przyzwoitemu poziomowi edukacji. Bazuje on na wielowiekowej tradycji
tak zwanego systemu kastowego (po szczegóły odsyłam do książki), gdzie najwyżej w hierarchii
sytuują się bramini, czyli inteligencja – kapłani, nauczyciele. Nauczyciel jest w Indiach stawiany
na piedestale i daj Boże, żeby tak u nas było. Nacisk kładziony na kształcenie, na szkoły,
uniwersytety, pieniądze, jakie państwo na to przeznacza, wynika z tradycji, czego świadomości
w ogóle nie mamy. Dla nas Indie to święte krowy na ulicach i kobiety z kropką na czole.
Dlatego właśnie opisałem fenomen świętej krowy, żeby każdy mógł zrozumieć, o co chodzi z tą
świętością. Nie tylko po to, by podać informacje, ale by uświadomić cały skomplikowany proces,
jaki się pod tym kryje. Że to nie jest tylko, jak nam się wydaje, fajny, kolorowy kraj, w którym
jest paru mistyków, paru ascetów, krowy na ulicach i kobiety z kropkami.
Moja książka jest tylko dotknięciem tematu, ziarnkiem piasku na wielkiej pustyni, gdzie każde
ziarnko symbolizuje osobną i osobistą wiedzę o tym niesamowitym kraju i jego kulturze.
Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Sucharska