Zacznij wpisywać, aby wyszukać post!
Musimy porozmawiać o „Rodzinie Monet”
Fenomen. Literackie objawienie. Najgłośniejsza polska powieść młodzieżowa ostatnich lat. To tylko kilka określeń, na jakie można natrafić, szukając informacji o „Rodzinie Monet” – literackiej serii dla nastolatek autorstwa Weroniki Anny Marczak. Szereg gorących dyskusji, na jakie można natknąć się na temat tego cyklu zarówno w przestrzeni internetowej, jak i na spotkaniach autorskich, sprawia, że „Rodzina Monet” to rzecz, obok której trudno przejść obojętnie. Z czego wynika tak wielka popularność książek Marczak? Jak wypadają one na tle klasyki literatury young adults? Wreszcie – czy krążące wokół nich kontrowersje mają tak naprawdę rację bytu? To tylko kilka pytań, na które odpowiemy w dzisiejszej recenzji pierwszej części przebojowej serii – „Skarbu”.
Uwaga, spojlery, czyli kilka słów o fabule pierwszej części „Rodziny Monet”
Zanim przejdziemy do recenzji „Skarbu”, opowiedzmy co nieco o jego fabule. Weronika Marczak zręcznie igra z emocjami czytelników niemal od początku swojej powieści. I tak oto już w pierwszym rozdziale poznajemy Hailie Monet – 14-letnią Brytyjkę, która właśnie przeżywa prawdopodobnie swój najgorszy dzień w życiu. Kilka godzin temu w wyniku nieszczęśliwego wypadku samochodowego zginęły bowiem jej ukochane babcia i mama. Hailie w jednej chwili traci wszystko, co dla niej ważne – kochające ją osoby, skromne, choć pełne miłości życie, a także dach nad głową.

Tak rozpoczyna się czas wielkich zmian w życiu nastolatki. Niedługo potem trafia ona pod opiekę swojego przyrodniego brata – bajecznie bogatego, choć despotycznego Vincenta Moneta. Wraz z czwórką pozostałych braci mieszka on w luksusowej willi w amerykańskim stanie Pensylwania, do której Hailie ma się niedługo wprowadzić. Dziewczynka jest w szoku: kwestia jej nieżyjącego ojca od zawsze była w domu tematem tabu i ta dopiero teraz dowiaduje się o istnieniu pięciu braci gdzieś na innym kontynencie.
Pierwsze miesiące w Pensylwanii nie należą do najłatwiejszych. Nie wszyscy bracia Hailie reagują pozytywnie na jej pojawienie się w ich życiu. Dziewczyna – choć ubrana teraz w najdroższe mundurki i zawożona do prywatnej szkoły najszybszymi samochodami sportowymi – wciąż zmaga się żałobą po utracie najbliższych i nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Konieczność poznania nowych znajomych, pierwsze problemy z chłopakami, powolne odkrywanie swojej tożsamości, wreszcie – próba odnalezienia się w kulturze Stanów Zjednoczonych. To tylko kilka wyzwań, z jakimi w najbliższym czasie będzie musiała zmierzyć się Hailie.
Na domiar złego zachowanie braci Monet pozostawia wiele do życzenia – część jest zwyczajnie złośliwa, część kryje przed resztą domowników swoje mroczne tajemnice, a część, mimo nieco bardziej życzliwej postawy, wciąż nakłada na Hailie kolejne nakazy i zakazy. Z czasem okazuje się również, że dziewczynie grozi wielkie niebezpieczeństwo – na jej życie czyhają bowiem konkurujący z biznesem braci Monet przestępcy, gotowi posunąć się do najbardziej nieczystych zagrań.
Tak w największym skrócie prezentuje się fabuła pierwszej części „Rodziny Monet”. Jak widać, nie pozwala nam ona odsapnąć ani na chwilę. Towarzysząc Hailie w jej codziennych perypetiach, czytelnicy mają okazję jeszcze lepiej poznać świat rodzeństwa Monet i niemal na własnej skórze doświadczyć targających nastolatką emocji – zwłaszcza że ta, prowadząc narrację pierwszoosobową, nie waha się dzielić z nami swoimi najskrytszymi obawami i rozterkami.
Ktoś teraz może zapytać: „O co tyle hałasu? Ot, kolejna historia dla nastolatek”. Cóż, to nie do końca prawda. Gdyby tak było, książka ta nie sprzedałaby się jak dotąd w nakładzie ponad 100 tysięcy egzemplarzy, a kolejka na spotkanie z Marczak podczas ostatnich Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie (o których możesz przeczytać więcej tutaj) nie liczyłaby dobrego kilometra. Na czym polega więc fenomen „Rodziny Monet”?
Dlaczego „Rodzina Monet” to najlepsza i najgorsza seria młodzieżowa ostatnich lat?
Pierwszym – a zarazem zapewne najbardziej oczywistym aspektem, jest w moim odczuciu niezwykła lekkość pióra Marczak. Pisarka umiejętnie żongluje słowami, zdaniami i pojawiającymi się co rusz bon-motami braci Monet i samej Hailie, tworząc niezwykle wciągający, a zarazem lekkostrawny w odbiorze mix. Nie będę ukrywać – mimo że już dawno skończyłam 15 (a nawet 25) lat, lektura „Rodziny Monet” okazała się nad wyraz przyjemnym doświadczeniem, umilając mi kilka wieczorów z rzędu.
Nie bez znaczenia są także wykreowani na kartach powieści bohaterowie. Choć daleko im do postaci z krwi i kości, nie sposób odmówić im wyjątkowego uroku osobistego. Hailie – mimo że momentami marudna i irytująco naiwna – należy do tych bohaterów, obok których trudno przejść obojętnie. Podobnie jak do jej starszych braci – z jednej strony zawadiackich, bezczelnych i nieco nieokrzesanych, z drugiej gotowych zrobić dla członka swojej rodziny niemal wszystko.
Wreszcie – sama historia. Koncentracja na relacjach rodzinnych (a nie, jak ma to miejsce zazwyczaj na pierwszych zauroczeniach i przyjaźni) to bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów „Rodziny Monet”. Fabuła – choć momentami szyta grubymi nićmi – jest zwyczajnie wciągająca. Marczak co chwila stara się zaskoczyć swoich czytelników kolejnymi zwrotami akcji, raz puszczając do nas oko, a raz poruszając znacznie poważniejsze tematy.
W miarę rozwoju akcji obserwujemy także przemianę samej Hailie, która z zahukanej i przerażonej ogromem zmian w życiu nastolatki staje się pewną siebie i świadomą swojej urody oraz pozycji młodą kobietą – choć w „Skarbie” mamy tego jeszcze dopiero zalążki.
Atuty „Rodziny Monet” są jednak również jej największymi słabościami. Seria ta opiera się bowiem na dość utartych i w gruncie rzeczy krzywdzących schematach. Nieśmiała i prostolinijna dziewczyna uwikłana w skomplikowaną relację z bad boyem (tu rolę tę odgrywa aż jej 5 braci) – z jednej strony władczym, nieprzystępnym i skrywającym w sobie wiele tajemnic, z drugiej szaleńczo oddanym dziewczynie i zdolnym w imię jej dobra zrobić dla niej wszystko – skądś już to znamy, prawda?
Dobro to rozumiane jest jednak przez braci Monet w sposób… co najmniej zastanawiający. Śledzenie każdego jej kroku, szereg zakazów (wśród których jednym z nich jest absolutny zakaz nawiązywania relacji z chłopakami), uparte niedostrzeganie, że Hailie dorasta, i traktowanie jej nadal jak małej dziewczynki… Złota klatka wciąż pozostaje przecież klatką.
Sytuacja ta szybko odbija się na zdrowiu psychicznym samej dziewczynki. Zestresowana, przerażona i niepewna tego, czym tym razem zaskoczą ją bracia, co rusz myśli o ucieczce z domu i zwróceniu się po pomoc. Niestety, wszechobecne wpływy braci Monet – w szkole, na policji, wśród lokalnych mieszkańców – czynią ten pomysł niemożliwym do zrealizowania. Hailie jest w potrzasku i winnym tego są właśnie jej starsi bracia – na których, mimo niewielkiej różnicy wieku pomiędzy nimi a dziewczynką – nie zostały nałożone żadne ograniczenia.
Szczególnie mocno dostrzegalne jest to w wypadku Shane’a i Tony’ego, którzy, choć niepełnoletni, bezpardonowo sięgają po używki, uwodzą dziewczyny, aby porzucić je po jednej spędzonej nocy, jeżdżą motocyklami czy… posiadają broń. W bolesny sposób kontrastuje to z samą Hailie, karaną za niemal najmniejsze przewinienia – w imię, oczywiście, jej własnego dobra.
Takie zachowania są przecież niczym innym, jak romantyzowaniem przemocy – znanej z takich klasyków literatury młodzieżowej, jak „After” czy „Zmierzch”, oraz pozycji dla nieco starszych czytelników, których sztandarowym przykładem jest, niestety, chociażby seria „365 dni” Blanki Lipińskiej.
Takie historie utrwalają w dziewczynkach niezdrowe wyobrażenie o relacjach damsko-męskich, odbierając kobietom podmiotowość i sprowadzając je momentami do roli posłusznych i bezwładnych wykonawczyń woli otaczających ją mężczyzn. W kolejnych częściach Hailie stopniowo odzyskuje utracony głos i uczy się postępować w życiu zgodnie z własnymi przekonaniami – choć jest to wolność wywalczona i okraszona sporym cierpieniem.
Wszechogarniający dziewczynkę luksus i, co tu dużo mówić, niezaprzeczalny seksapil braci Monet nie usprawiedliwiają tej sytuacji w najmniejszy sposób.
„Rodzina Monet” – recenzja „Skarbu”. Czy sięgnę po kolejne części serii?
Czy pierwsza część „Rodziny Monet” to utwór godny polecenia? Pod wieloma względami… zdecydowanie tak! To lekka i świetnie napisana książka, którą śmiało można umieścić w kategorii „guilty pleasure”. Zaczynając pierwszy rozdział „Skarbu”, ani się obejrzałam, a byłam już przy końcu powieści. Świat wykreowany przez Marczak, tak egzotyczny pod wieloma względami dla polskiego czytelnika, fascynuje i wciąga.
„Rodzina Monet” to pełnokrwisty przykład literatury young adults, który doskonale wpisze się w gusta zarówno dla nastolatki 16+, jak i nieco starszej dziewczyny. Beztroska radość z lektury wymaga jednak w tym wypadku przymknięcia oka na pewne niedociągnięcia – tak w samej fabule, jak przekazywanych w książce wartości.
I choć z pewnością nie stanę się „moneciarą”, jak zwykły nazywać się miłośniczki pensylwańskiego cyklu, z ciekawością sięgnę niedługo zarówno po „Królewnę”, jak i „Perełkę” – kolejne tomy z serii.
Nasza ocena: 4/5 (ale taka na szynach)
Być może zainteresują Cię również:

Komentarze
Zamieszczenie komentarza nie wymaga logowania. Sklep nie prowadzi weryfikacji, czy autorzy komentarza odnoszący się do towarów nabyli lub użytkowali dany produkt.




















