Dostawa 0 zł do sieci księgarń

Bezpłatna wysyłka powyżej 149 zł

Gwarancja zadowolenia z zakupów

Tryb offline

Co krąży, wraca. Recenzja „Święta Karkonoszy” Sławka Gortycha

Coroczna premiera kolejnej części „Karkonoskiej serii kryminalnej” Sławka Gortycha to już dla wielu osób rytuał. Nie inaczej jest w moim przypadku. „Święto Karkonoszy” to kolejny – piąty już – kryminał w jego dorobku. Na który element historii Dolnego Śląska pisarz ten rzucił światło tym razem? Czy książka ma szansę powtórzyć sukces swoich poprzedniczek? Sprawdź! 

Dolnośląskim szlakiem. Fenomen kryminałów Sławka Gortycha

Niewielu autorów może pochwalić się na polskim rynku wydawniczym tak spektakularnym debiutem jak Sławek Gortych. Jego pierwsza powieść, „Schronisko, które przestało istnieć”, niemal natychmiast trafiła na listy bestsellerów i przez wiele miesięcy utrzymywała się w ich czołówce.

Na tak ciepłe przyjęcie przez czytelników wpłynęła nie tylko misternie skonstruowana, wciągająca fabuła osadzona wokół wielkiej zbrodni, ale również malownicze opisy karkonoskich krajobrazów. Gortych patrzy na Karkonosze oczami rozkochanego w nich podróżnika, ukazując ich grozę i piękno jednocześnie. Ich emanacją staje się wielokrotnie przywoływany na kartach jego książek legendarny Duch Gór, zwany również Liczyrzepą. 

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że jego seria przyczyniła się do spopularyzowania tej części Sudetów wśród turystów – o czym świadczy rosnąca liczba wypraw śladami schronisk i bohaterów cyklu. Jak dotąd w ramach „Karkonoskiej serii kryminalnej” ukazały się następujące powieści:

Niewątpliwym atutem „Karkonoskiej serii kryminalnej” jest także ukazanie złożonej historii Dolnego Śląska, w której przez wieki przenikały się wpływy polskie, czeskie i niemieckie. Na pierwszy plan wysuwa się w całym cyklu postać młodego stomatologa, Maksymyliana Rajczakowskiego, i jego ukochanej Marty – z którą z czasem zaczyna prowadzić schronisko Nad Śnieżnymi Kotłami. 

Nie jest on jednak wiodącym bohaterem każdej kolejnej powieści – choć jego losy niejednokrotnie w mniejszy bądź większy sposób splatają się z rozgrywającymi się wydarzeniami.

Szczególne miejsce w narracji zajmują okres II wojny światowej oraz pierwsze lata powojenne, w tym wysiedlenia niemieckiej ludności i osadnictwo Polaków przybyłych z Kresów Wschodnich. Karkonosze stanowiły wówczas swoisty tygiel kulturowy, tworząc tło wielowarstwowej, ale też pełnej napięć historii regionu.

Z mojej perspektywy jako rodowitej wrocławianki tak silny nacisk na historię nadaje całej serii dodatkowego kolorytu – zachęcając do odkrywania tego, co dotąd w dziejach Dolnego Śląska wstydliwie przemilczywane lub przedstawiane w sposób wybitnie jednostronny. 

W przeciwieństwie do wielu innych regionów, o Dolnym Śląsku i historii jego mieszkańców mówiło się przez lata stosunkowo niewiele, utrwalając w okresie PRL-u narrację o zawsze piastowskich ziemiach.

Gortych robi to w sposób, z jakim rzadko (poza chlubnymi wyjątkami, jak ikoniczna twórczość Marka Krajewskiego) mieliśmy przez lata do czynienia na gruncie literatury kryminalnej. 

Odkurza dawno zapomniane historie i wydarzenia – o których dotąd można było przeczytać wyłącznie w zakurzonych annałach czy w archiwach – zgrabnie wplatając w nie fikcję. Unika przy tym taniej sensacji – z empatią pokazując niejednoznaczność moralną wyborów dokonywanych przez swoich bohaterów.

O czym opowiada „Święto Karkonoszy”?

Nie inaczej jest w przypadku najnowszej książki Sławka Gortycha – „Święta Karkonoszy”. Jej akcja rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych – w 1948 roku, kiedy Jelenią Górę w popłochu opuszczają ostatni Niemcy – oraz w 2008 roku, gdy miasto to obchodzi 900-lecie swojego powstania. 

Kiedy tuż po zakończeniu II wojny światowej na tereny te przybywa wraz z matką Bronisław Kowalewski, nie spodziewa się, że już niedługo stanie się świadkiem (a może współsprawcą?) wielu ludzkich dramatów. 

60 lat później jego syn, Robert, zdaje się wieść poukładane i szczęśliwe życie w otrzymanym w spadku po Bronisławie poniemieckim domu. 

Wszystko zmienia się, kiedy pewnego dnia odwiedza go tajemnicza para Niemców – w tym potomkini dawnych mieszkańców posiadłości Kowalewskich. Ci wyjawiają mężczyźnie wstrząsającą informację: w jego ogrodzie znajdują się kości zamordowanej dekady temu przez ojca Roberta niemieckiej nastolatki. Na domiar złego jego żona coraz częściej wraca do domu późnymi wieczorami, tłumacząc to przedłużającymi się spotkaniami z koleżankami…

Odskocznią od problemów ma być dla niego udział w odbywającym się w ramach obchodów Święta Karkonoszy rajdzie, na który wybiera się jako honorowy uczestnik z dwójką swoich najlepszych kumpli. 

Podczas przeprawy dochodzi do załamania pogody – w schronisku Nad Śnieżnymi Kotłami zjawia się przerażony Robert, informując o zniknięciu reszty swoich kompanów. Maks postanawia wyruszyć na ich poszukiwania, nie zdając sobie sprawy, że nie wszyscy uczestnicy rajdu wyjdą z niego żywi.

Historia na pierwszym planie

Tyle o samej fabule. Czy „Święto Karkonoszy” spełniło pokładane w nim oczekiwania? Poprzednie części „Karkonoskiej serii kryminalnej” wywindowały je naprawdę wysoko. Niewiele książek w ostatnich latach pochłonęłam równie szybko, co te od Sławka Gortycha – a piszę to jako osoba mająca dotąd z kryminałami mocno na bakier. 

Choć od premiery „Schroniska, które zostało zapomniane” minął niespełna rok, zdążyłam już zatęsknić za Maksem i jego przyjaciółmi — świat Karkonoszy w twórczości Gortycha ma w sobie niezaprzeczalną magię. Ucieszył mnie również fakt, że to właśnie Maksymilian ponownie wysuwa się na pierwszy plan; wielu czytelników, podobnie jak ja, dostrzega w nim zresztą sporo cech samego Gortycha. 

Warto jednak pamiętać, że cała seria została skonstruowana w taki sposób, aby zacząć ją czytać w dowolnym momencie – odniesienia do poprzednich części mają tu miejsce stosunkowo rzadko.

Pierwsze i kolejne wrażenia

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy po zetknięciu z tą książką, była jej niecodzienna zawartość – poszczególne rozdziały przeplatają się w niej bowiem z fragmentami autentycznych artykułów z dolnośląskiej prasy w okresie powojennym. 

Pozwalają one jeszcze lepiej poczuć ówczesny duszny klimat Jeleniej Góry, a zarazem ukazują lęki i niepokoje towarzyszące kształtowaniu się nowej rzeczywistości społeczno-politycznej. Zajmują one znaczącą część powieści – dzięki czemu mimo swojej objętości (prawie 500 stron!) czyta się ją naprawdę szybko.

Duża w tym również zasługa samego warsztatu Gortycha. Początkowa niezręczność językowa, dostrzegalna jeszcze w pierwszych częściach serii, z czasem ustąpiła miejsca świadomej i dojrzałej narracji. Nadal gdzieniegdzie można natrafić na słabsze momenty (w tym powtarzane nieco zbyt często wyświechtane środki stylistyczne, jak „parujące kubki”). Mimo tego w żaden sposób nie odbiera to czystej przyjemności lektury.

Największym zaskoczeniem okazała się dla mnie sama fabuła. Trudno nazwać ją szczególnie złożoną czy nieprzewidywalną — co zapewne dla części czytelników będzie pewnym rozczarowaniem. Sama dość szybko domyśliłam się rozwiązania głównej zagadki. 

Także niektóre wątki są tu ewidentnie zbyt ciągnięte za uszy – będąc szyte zbyt grubymi nićmi, aby uznać je za coś więcej, niż próbę szybkiego domknięcia.

de27ea80-0f08-47e4-974f-9f1f89c6c97f
66ee32cf-9d8d-4a31-8fd0-4d74a78edf37

Kiedy kryminał schodzi na dalszy plan

Paradoksalnie nie miało to większego wpływu na mój odbiór książki. W „Święcie Karkonoszy” najmocniej wybrzmiewają bowiem nie sama intryga, lecz opowieść o Ziemiach Odzyskanych. Momentami bliżej mu przez to do reportażu niż klasycznego kryminału. 

Szczególnie poruszyła mnie drugoplanowa rola Emmy – Niemki zmuszonej porzucić wszystko, co dotąd znała i kochała. Jak żadna inna postać skłania nas ona do przemyślenia dylematów, przed jakimi stawali wówczas nasi dziadkowie i pradziadkowie. Pod pewnymi względami historia, jaka przydarzyła się jednemu z bohaterów w 1948 roku, powróciła 60 lat później w zaskakująco bliźniaczej formie.

Paralelizm ten wyszedł Gortychowi zaskakująco dobrze – podobnie jak cała powieść, która w moim osobistym rankingu ląduje obecnie na – nomen-omen – szczycie ulubionych części „Karkonoskiej serii kryminalnej”. To niecodzienny, a zarazem pełnokrwisty kryminał, dostarczający czytelnikowi znacznie więcej niż tylko niezobowiązującą rozrywkę. Gratka dla fanów (dobrych) historii i nie tylko.

Moja ocena: 4 (z nieśmiałym plusem)/5

Podobała Ci się nasza recenzja? Sprawdź inne artykuły na blogu Świata Książki, w których pisaliśmy o twórczości Sławka Gortycha!

podpis_ola

Komentarze

Zamieszczenie komentarza nie wymaga logowania. Sklep nie prowadzi weryfikacji, czy autorzy komentarza odnoszący się do towarów nabyli lub użytkowali dany produkt.

accessible