Zacznij wpisywać, aby wyszukać post!
W mrokach przeszłości i przyszłości. „Czasy, które nadejdą” – recenzja książki Andrzeja Pilipiuka
Andrzej Pilipiuk słynie z ogromnego poczucia humoru, które jest właściwie obowiązkowym elementem jego twórczości. Nie inaczej jest w wypadku „Czasów, które nadejdą”, czyli najnowszego zbioru opowiadań z doktorem Pawłem Skórzewskim i antykwariuszem Robertem Stormem w rolach głównych. W tej książce lekki ton często miesza się jednak z mrokiem. Czy można nazwać to połączenie udanym? Odpowiedź znajdziesz w poniższej recenzji.
„Czasy, które nadejdą” – najnowsza odsłona „Światów Pilipiuka”
„Czasy, które nadejdą” to już 14 tom z ukazującej się od blisko 20 lat serii „Światy Pilipiuka”. Cykl ten obejmuje opowiadania spoza uniwersum najbardziej znanego bohatera pisarza, Jakuba Wędrowycza. Tak po prawdzie, najnowszego zbioru nie można jednak nazwać do końca „bezjakubowym” – jedna z historii zabiera nas bowiem do Wojsławic, czyli małej ojczyzny słynnego pasjonata bimbru i egzorcyzmów. Więcej nie zdradzę, żeby nie psuć zabawy!
Najnowszy zbiór opowiadań, jak to zwykle w „Światach Pilipiuka” bywa, skupia się przede wszystkim na perypetiach dwóch dobrze znanych czytelnikom postaci – żyjącego na przełomie XIX i XX wieku lekarza Pawła Skórzewskiego oraz współczesnego łowcy staroci Roberta Storma. Przyznam, że jestem weteranką ich przygód i nie przegapiłam żadnego poprzedniego tomu „Światów…”, dlatego byłam szczególnie ciekawa, co Pilipiuk zaprezentuje w najnowszej odsłonie cyklu. Dostaliśmy więcej tego samego co zawsze, a może jakieś nowości? Przekonajmy się, omawiając każde z opowiadań po kolei.

„Remedium”
Pierwsze z pięciu opowiadań ze zbioru autor poświęcił doktorowi Skórzewskiemu, który po raz kolejny staje do nierównej walki ze śmiercią i chorobami. Są lata 80. XIX wieku. Wkrótce po zakończeniu studiów Paweł Skórzewski zatrudnia się w szpitalu chorób zakaźnych na przedmieściach Petersburga. Od razu po przybyciu zauważa, że to miejsce jest raczej umieralnią niż ośrodkiem leczniczym – nie istnieją bowiem jeszcze medykamenty, które mogłyby ocalić pacjentów z zaawansowaną gruźlicą czy syfilisem. Wkrótce Skórzewski odkrywa, że jednym z terminalnie chorych jest jego dawny znajomy z uniwersytetu. Mężczyzna prosi doktora, aby ten przeprowadził na nim pewną niezwykłą terapię.
W opowiadaniach o Pawle Skórzewskim zawsze najbardziej podobał mi się świat przedstawiony, gdzie fantastyka miesza się z realiami historycznymi. Nie inaczej jest i tym razem. Szpital Zakaźny imienia Świętej Warwary to wyjątkowo smutne miejsce, w którym mimo wysiłków medyków chorzy nie mogą wyzdrowieć. Z perspektywy osoby żyjącej współcześnie losy jego pacjentów są jeszcze bardziej przejmujące – w trakcie lektury cały czas miałam z tyłu głowy, że dziś niemal każdego z nich można by uratować. Fabuła „Remedium” również była dla mnie ciekawa, jednak zakończenie nieco zawiodło – wydało mi się zbyt przyspieszone i okrojone. Mimo to cała historia zasługuje na wysoką notę.
Ocena: 4/5
„Klementynka”
Najkrótsza i zdecydowanie najzabawniejsza „Klementynka” to jedyna opowieść ze zbioru, w której nie uświadczymy Skórzewskiego ani Storma. Dostajemy za to wariację na temat czerwonego kapturka osadzoną… w stanie wojennym. Babcia kilkuletniej Klementynki prowadzi opozycyjny radiowęzeł, przez co cała rodzina żyje pod obserwacją bezpieki. Gdy pewnego śnieżnego wieczoru dziewczynka zakłada czerwoną kurtkę, bierze pod pachę tajemniczy pakunek i wyrusza do chatki, w której ukrywa się starsza kobieta, ubecy postanawiają pójść jej śladem. Okazuje się, że w okolicy grasują wilki…
Mimo, że „Klementynka” nie była dla mnie zaskakująca, bo dość szybko domyśliłam się głównego zwrotu akcji i zakończenia, bawiłam się przy niej bardzo dobrze. Opowiadanie w znaczniej części skupia się na wyjątkowo trafnych spostrzeżeniach głównej bohaterki, które wypadają komicznie w kontraście do jej dziecięcego sposobu myślenia. Mocną stroną historii jest również klimat – mimo komediowego wydźwięku wydarzeń peerelowska zima sprawia wręcz mroczne wrażenie. Do maksymalnej oceny opowiadania zabrakło jednak nieco więcej tajemnicy.
Ocena: 4/5
„Siódma armata”
W „Siódmej armacie” Robert Storm powraca do prześladującej go od lat sprawy zaginionego statku Das Wappen. Odnalezienie XVII-wiecznego okrętu wojennego jest jego wielkim marzeniem, które zdaniem złośliwych nosi znamiona obsesji. Na nowe informacje o kurlandzkiej jednostce, która przed wiekami przepadła na morzu, Storm natrafia... w środku lasu gdzieś na Lubelszczyźnie.
„Siódmej armacie” nie można odmówić humoru i błyskotliwych dialogów, lecz sama fabuła była dla mnie niestety nużąca. Moment ożywienia nastąpił przy okazji spotkania głównego bohatera z pewną cygańską staruszką. Pilipiuk lubi przedstawiać Romów i choć często robi to z dozą dość stereotypowego humoru, ich wątki mają w sobie pewną nieuchwytną magię. Najlepszym na to dowodem jest opowiadanie „Wielbłądzie masło” ze zbioru „Reputacja”. Gorąco polecam się z nim zapoznać, nie pożałujecie. Niestety w wypadku „Siódmej armaty” magiczne momenty występują w zbyt małych dawkach, żeby całość opowieści okazała się porywająca.
Ocena: 3/5

„Doktor Śmierć”
W kolejnej historii ponownie spotykamy doktora Skórzewskiego, tym razem o wiele bardziej doświadczonego niż w „Remedium”, choć znowu postawionego w niezwykle trudnej sytuacji. Polski lekarz trafia na Lubelszczyznę, gdzie jako medyk polowy ma nieść pomoc Rosjanom walczącym z Prusakami na froncie I wojny światowej. Żołnierzom zagrażają nie tylko kule i bagnety, ale i śmiercionośne gazy bojowe opracowane przez wybitnego niemieckiego chemika Fritza Habera. Tymczasem pod opiekę Skórzewskiego trafia tajemniczy jeniec, który chce dopaść naukowca nawet za cenę własnego życia.
Czwarte opowiadanie w zbiorze, podobnie jak wcześniejsza „Klementynka”, okazało się dość przewidywalne, jednak i tak zrobiło na mnie spore wrażenie. Pilipiuk potrafi pisać o wojnie z empatią i nawet w krótkim opowiadaniu ukazać, że burzliwe starcia, które znamy z historii, to przede wszystkim tragedie tysięcy zwykłych ludzi. Pomysł na „Doktora Śmierć” bardzo mi się spodobał, a akcja była na tyle wartka, że trudno było mi się oderwać od tej opowieści.
Ocena: 5/5
„Czasy, które nadejdą”
Co tu dużo mówić – tytułowe opowiadanie ze zbioru to Pilipiuk, którego znamy i uwielbiamy. Po dość rozczarowującej „Siódmej armacie” Robert Storm otrzymuje jedną z najciekawszych historii, jakie miałam okazję czytać w „Światach Pilipiuka”. Gdy pewnego dnia do drzwi poszukiwacza antyków puka ledwie żywa dziewczyna i prosi go o pokrzyżowanie planów sprzedaży pewnego obrazu Breugla, bohater nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że… będzie musiał zmienić bieg historii.
W„Czasach, które nadejdą” autor prezentuje nie tyle mroczną, co wręcz przerażającą wizję przeszłości. Czy ludzkość, która teoretycznie powinna uczyć się na dawnych błędach, kiedyś znów stanie się na tyle okrutna, że życie jednostki nie będzie miało żadnego znaczenia? Bohaterowie Pilipiuka odkrywają, że jest takie niebezpieczeństwo, ale możemy mu zapobiec, jeśli zareagujemy odpowiednio wcześnie. Wykorzystany w opowiadaniu motyw efektu motyla bardzo przypadł mi do gustu – dzięki niemu fabuła zyskała odpowiednią dynamikę i okazała się niezwykle intrygująca.
„Czasy, które nadejdą” niewątpliwie zasługują na wysoką ocenę. Udane jest tutaj wszystko: pomysł, bohaterowie, a także sama historia. Na plus zaliczam również tematykę, która mimo rozrywkowego płaszczyka skłania do przemyśleń.
Ocena: 5/5
„Czasy, które nadejdą” – recenzja. Andrzeja Pilipiuka spojrzenie w mroki przyszłości
Czy warto sięgnąć po „Czasy, które nadejdą?” Mimo że nie wszystkie opowiadania zasłużyły na maksymalną ocenę, cały zbiór jest w mojej opinii warty przeczytania. Połączenie wyważonych ilości typowego dla Pilipiuka humoru oraz poważniejszych, niekiedy wręcz przygnębiających wątków okazało się ciekawym i naprawdę udanym zabiegiem.
Końcowa ocena: 4/5

Zobacz inne recenzje z naszego bloga:

Komentarze
Zamieszczenie komentarza nie wymaga logowania. Sklep nie prowadzi weryfikacji, czy autorzy komentarza odnoszący się do towarów nabyli lub użytkowali dany produkt.























